1929 - 2007
[']
Smutne, bo to nie są symulakry.
Generalnie o niczym szczególnym, a konkretnie - o wszystkim.
1929 - 2007
[']
Smutne, bo to nie są symulakry.
Istotę fundamentalnych cząstek rzeczywistości niewłaściwie oddaje wyobrażenie punktu. Lepiej mówić o strunach. A te struny mają ileś-tam wymiarów, w zależności od przyjętych ad hoc założeń i właściwości modelu. Nadwyżka po drodze od Wielkiego Wybuchu zniknęła, gdyż wymiary od piątego w górę się zwinęły. W przedziwne kształty. I człowiek ich nie widzi, ale fermiony i bozony już tak. Aha, fizyka współczesna wespół z geometrią nieprzemienną mówią, że na poziomie oddziaływań kwantowych czasu nie ma (bo po co?), niemniej dynamiczne zmiany stanów zachodzą. No i punkty ulegają rozmyciu, nie mówmy więcej o punktach.
Jula opisuje u siebie na blogu swoją ostatnią przygodę z beletrystyką. Przygodę krótką i zakończoną, jak sądzę, rozsądnie. Jula doszła bowiem do wniosku - nihilizm pełnym pyszczkiem - że czytanie tego rodzaju książek, z przyczyn różnych, jest pozbawione sensu. Wspominam o tym, bo mam podobnie, choć w odwróconej tonacji. Nie mogę się mianowicie nijak zmusić do czytania rzeczy stricte (popularno)naukowych. Jeżeli już się coś takiego trafi, to lektura przebiega systemem młodopolskim, a w Młodej Polsce, przypomnę, szło o impresje. Czytaniem traktatów kosmologicznych usiłuję więc bez rezultatów wywołać na dnie duszy uczucie dojmującej pustki, metafizycznej alienacji etc. Późniejsza próba zreferowania przeczytanych tekstów utrzymywana jest z konieczności w stylizacji “nie rozumiem nic, zapamiętałem efektowne pojęcia, temat i tak mnie nie interesuje”, co z gracją i wdziękiem prezentuję na początku wpisu…
Zamiast naukowców czytam, coś w końcu czytać trzeba, Cortazara i powieść-metaforę Gra w klasy. Książka ma coś ponad 150 rozdziałów, na wstępie dają nam rozpiskę, które rozdziały i w jakiej kolejności powinniśmy czytać, aby zamysł autora mógł zostać spełniony. Można czytać prostacko, od pierwszego do pięćdziesiątego rozdziału, można inteligentnie, z kluczem, co rusz przewracając sto kartek w tą i z powrotem. A frustracja rośnie. Po co ta ekstrawagancja? Ano Gra w klasy przełamuje, czytam w posłowiu, logikę dnia codziennego, otwiera się na zewnętrze, gwałci logos, stąd ta jej fantastyczna forma. No nic, ważne, że opowiada o grupie znudzonych ludzi, snujących w rytmie jazzowych kawałków grupowe rozmyślania niby-filozoficzne.
Niby-filozoficzne rozmyślania od rozmyślań filozoficznych odróżnia: 1) hiperrozwiązły kawiarniany styl, 2) zabawna retoryka (ulubiony cytat: o tym, że podział na formę i treść jest nieaktualny wiadomo od 50 lat), 3) przyjęcie na wstępie bez dowodu, że problemy filozoficzne są pozorne. Taki postegzystencjalizm ufundowany na francuskim opracowaniu późnego Wittgensteina i internetowym poradniku dobrego buddysty (a rzecz dzieje się w Paryżu). Głupie, owszem, ale wciągnął mnie dekadentyzm Cortazara tak mocno, że zamiast pisać na bloga, oddaję się bzdurnym czynnościom. Między innymi pstrykam fotki, na których robię groźne miny (patrz załączony obrazek).
A że dzisiaj Wigilia i choć tu i ówdzie pojawiają się postulaty zniesienia Świąt, a telewizyjną ramówkę znów przygotowano bez polotu, to z bzdurnych zajęć rezygnować w żadnym wypadku nie zamierzam. Puenty rzecz jasna nie będzie. Wesołych Świąt.
(mój nowy szablon nazywa się Tarski - tak, na cześć tego Tarskiego)
Halluzinationsformulierung to uroczy niemiecki termin, którym Otto Neurath określał protokoły z obserwacji sporządzone przez mało wiarygodnego obserwatora. Czyli przez kłamcę, albo - co w drętwej społeczności fizyków mniej prawdopodobne - osobę, u której funkcjonowanie organizmu odbiega od normy. Na przykład na skutek przyjmowania narkotyków. A jeśli chodzi o narkotyki, to okazuje się, że polska szkoła jest pod względem stosunku do nich wyjątkowo niekonsekwentna.
Mówi się nam na lekcjach języka polskiego w liceum o różnych ludziach, mało tego, czasem mówi się też o ich twórczości. Niekiedy podkreśla się, że wielka jest ta twórczość i nieprzemijająca, dlatego warto się nią zajmować. Pomiędzy wierszami tkwi, jak się wydaje, sąd wartościujący, który głosi, że dobrze jest być wielkim twórcą. I wszystko gra dopóty, dopóki pomija się Baudelaire’a, Nietzschego czy Trakla, a w szkole nie wybuchają narkotykowe afery.
Dwa tygodnie temu woźny Ryszard na dyżurze w szatni odnotował obecność narkotykowego dilera w boksie mojej klasy. Ściślej, woźny zauważył ucznia z woreczkiem pełnym narkotyków. Jeszcze ściślej, woreczkiem wypełnionym jakimś proszkiem. Co poskutkowało błyskawicznym (inna sprawa, czy uzasadnionym) uruchomieniem właściwych na tego typu okazje procedur. Jakie to są dokładnie procedury - trudno powiedzieć, ale ich skuteczność można ocenić po tym, że podejrzeniach i planowanym śledztwie dowiedzieliśmy się z ust wychowawcy.
Nie wiem na ile sprawozdanie woźnego, a na ile relacja wychowawcy podpada pod kategorię halluzinationsformulierung, jednak fakt jest faktem, że do tej pory nikt panów w mundurach na korytarzu szkolnym nie widział, ani nikomu jednostka specjalna policji nie wparowała nocą do mieszkania (przy okazji polecam reklamę funduszu Allianz). Niemniej wychowawca pogadankę z nami odbył, przekonując przez czterdzieści pięć minut, że prognozy na życie dla ludzi, którzy w swoim życiu mieli kontakt z narkotykami są, mówiąc oględnie, fatalne. Każdy taki człowiek kończy bowiem jako pospolity ćpun, głupek i społeczny margines, słowem: gorzej niż zwierzę.
Traf chciał, że wychowawca jest jednocześnie nauczycielem języka polskiego, a tematem następnych zajęć był Baudelaire. Jak gdyby nigdy nic rozwodzić się z zachwytem nad człowiekiem, który jest autorem Traktatu o winie, haszyszu i opium, przyszło naszemu wychowawcy nadzwyczaj łatwo.
Żeby nie było, nikt nie domaga się apologii nałogu wpisanej w program nauczania. Wystarczy szczera deklaracja, że nie bierzemy na poważnie tego, co pisał Baudelaire, bo był on ćpunem i o ćpaniu nie wyrażał się w jednoznacznie negatywny sposób. Lub, propozycja cokolwiek mniej absurdalna, wystarczy ostrożnie stosować kwantyfikator ogólny.
Cyfrówki wciąż nie ma.
Dzisiaj drugi dzień próbnych matur. I choć “nowe” matury w liceum tak naprawdę nie są wcale nowe, to odpowiedzialnym za ich przebieg używanie tego przymiotnika wydaje się być bardzo na rękę. Wiadomo, że jeśli coś jest nowe, to nie musi od razu działać i nie ma sensu szukać winnych. A tak zwana nowa matura, przynajmniej w dostępnej wersji beta, jest kompletną porażką.
Maszyneria maturalna zaczęła skrzypieć już na etapie wstępnych przygotowań. Każdy, kto wyraża ochotę przystąpienia do egzaminu dojrzałości, zobowiązany był wypełnić deklarację, w której wybiera się ulubione przedmioty i wpisuje dane osobowe. Zgodnie z odgórnym zarządzeniem, deklaracje wstępne od wszystkich przyszłorocznych absolwentów zebrano przed 30 września.
Unfortunately, coś poszło nie tak i dwa dni temu dowiedzieliśmy się, że koniecznie trzeba Vulcanem przygotować nowe wstępne deklaracje. Po pierwsze, z tego co mówił prof. Ordon jasno wynika, że Vulcan jest aplikacją gównianą, a generowane przez niego pliki odmawiają współpracy ze szkolnymi bazami danych, co tylko niepotrzebnie komplikuje całą procedurę. Po drugie, szablony na stronie nie dogadują się z przeglądarkami innymi niż Internet Explorer, a taki mankament potrafi użytkownika Linuksa wyprowadzić mocno z równowagi. Po trzecie, wywiązała się absurdalna sytuacja, gdy 15 listopada na dokumentach, które rzekomo trzeba było złożyć do 30 września, jedni umieszczali datę 15 listopada, inni - zapobiegawczo - 30 września.
Prawdopodobnie w celu zapewnienia maturzystom lepszych warunków, wyznaczono godzinę pisania na siódmą rano. Siódma. W zgodzie z naturalnym biorytmem kładę się na wakacjach o tej porze spać. W dodatku zapomniałem mojego numeru PESEL i po zajęciu miejsca przez chwilę łudziłem się, że jako pierwszy opuszczę salę. Niestety, brak PESELu nie pomógł i przez następne 180 minut rozwiązywałem zadania z rozszerzonego polskiego, zadania de facto na czytanie ze zrozumieniem. Jedyny plus, że tekst był naprawdę przyjemny (figura Pana Cogito u Herberta) i aż żal mi się zrobiło, gdy przyszła kolej na idiotyczne pytania.
Naturalnie wbrew zapowiedziom nikt nikogo nie pilnował, za ścianą był huk, a ludzie wokół rżnęli od siebie nawzajem rozwiązania w najlepsze. Pod koniec nie wytrzymałem i zamiast Sienkiewiczem, poleciałem Derridą i różniami. A co mi tam.
Ale niech mi ktoś wytłumaczy, po jaką cholerę matura z polskiego w obecnej postaci? Ani nie daje okazji do wykazania się humanistom, ani nie stanowi żadnego wyzwania dla pozostałych. W takim razie po co w ogóle jest?
Niedorzeczność. Jak by jednak nie było, najważniejszym wydarzeniem dnia wczorajszego obraliśmy niejednomyślnie wygrany mecz Polski z Belgią. W czasie meczów piłki nożnej mogę przynajmniej popisać się patriotyzmem (którego braku u siebie na codzień w ogóle nie odczuwam) i zrelaksować.
Robię zakupy przez internet. Lub raczej: ostatnio próbuję robić zakupy przez internet.
Doświadczenia ze sklepami, które prowadzą działalność w sieci mam, delikatnie mówiąc, kiepskie. Ot, na przykład, na początku wakacji naszła mnie ochota, żeby pogrążyć się przez chwilę w różniących się różniach symulakrów postmodernistycznych i niewiele myśląc złożyłem na stronie wydawnictwa Inter Esse zamówienie. Mniej więcej po trzech tygodniach bezowocnych oczekiwań wykonałem kontrolny telefon, a pan do którego się dodzwoniłem z nutą wyrzutu w głosie wycedził przez zęby, że wydawnictwo miało jakąś tam przerwę i wiadomo, no. Wiadomo. Po dwóch tygodniach od rozmowy listonosz przyniósł paczkę z dwiema (zamiast spodziewanymi pięcioma) książkami i absurdalnie zawyżonymi kosztami dostawy. Cóż, w postmodernizmie żadne zasady nie obowiązują…
No, ale malutkie wydawnictwo mające w ofercie kilka książek to jedno, a ogólnopolski sklep to drugie. Przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało. W praktyce natomiast wyszło inaczej, choć problemy z merlinem miały zgoła inny charakter.
W pierwszych dniach września przez stronę internetową (podkreślam, ponieważ w dalszej części będzie to miało dość duże znaczenie) merlin.pl zamówiłem kilka produktów, w tym mikrofon marki Logitech, przy którym widniało pogrubionymi literami, że sklep wprawdzie produktu nie ma na stanie, ale sprowadza niezawodnie w ciągu 7 dni. Świetnie. Tylko że po obiecanym tygodniu mikrofonu nie było, dostałem za to maila wypakowanego grzecznościowymi formułkami i do wyboru dwie opcje: poczekać aż ściągną niedostępny towar albo zrezygnować. Wolałem poczekać.
I zaczęły się schody. Po miesiącu otrzymałem wiadomość z informacją, że na mikrofon nie mam co liczyć, ale - jeśli chcę - resztę, czyli książki, wyślą natychmiast. W międzyczasie pieniądze odłożone na zakupy gdzieś mi się rozeszły, więc uzgodniłem z pracownikiem Biura Obsługi Klienta, że wstrzymają się przez dwa tygodnie z wysyłką. Merlin zaczął jednak niespodziewanie mówić dwoma głosami: po kilku dniach automatyczny system obsługi klientów powiadomił mnie, że moje zamówienie zostało anulowane. Naiwnie wierząc, że człowiek ma więcej do powiedzenia od maszyny uznałem, że w świetle umowy zawartej z pracownikiem, powinienem korespondencję z automatem zbagatelizować. Tak też zrobiłem. Popełniłem błąd.
Kilka dni temu upomniałem się o przesyłkę mailem. Pracownik Biura Obsługi Klienta przeprosił i wznowił zamówienie, uwzględniając obowiązującą miesiąc temu promocję, po której dziś nie ma już śladu. Dosłownie kilka minut po wymianie korespondencji złożyłem drugie zamówienie z zamiarem połączenia go z pierwszym. Na stronie, niespodzianka, opcji łączenia nie znalazłem. Zapytałem w Biurze Obsługi, powiedziano mi, że się nie da, bo pierwsze zamówienie zostało zrealizowane (trzy minuty po jego złożeniu?!). Spokojnie, tylko spokojnie…
Wziąłem głęboki oddech. Skoro ostatnim razem automat wykazał się umiejętnością nadpisywania tego, co miał do powiedzenia człowiek, to dlaczego nie spróbować i dziś? Poprzez stronę internetową anulowałem obydwa zamówienia. Opcja overwrite i…
Udało się! Ufff, mam dosyć.
Konkluzja: to smutne, że gdy w merlinie człowiek wygłasza zdanie p, zaś maszyna zdanie ~p, to maszynie przyznaje się rację. W sporze, którego stawką jest zdrowie psychiczne klienta…
Pewien inteligentny człowiek powiedział kiedyś, że każdy egzamin się oblewa. Biorąc słowo egzamin w najszerszym z możliwych znaczeń, wybraliśmy się wczoraj z kumplem, Rafałem, do pubu, z zamiarem empirycznego potwierdzenia tej rozsądnej tezy.
Stalowa Wola ma to do siebie, że określenia, które w innych częściach kraju z powodzeniem funkcjonują w opisach lokali, stają się w konfrontacji z tutejszymi realiami bezużyteczne. W najlepszym razie człowiek może się niektórymi z nich posłużyć umownie, np. pub z jazzowym klimatem tłumaczy się jako: miejsce, gdzie nie śmierdzi, rzadko odwiedzane przez jednostki skłonne do wzniecania burd i awantur; zaś przymiotnik popularny zwykle odczytywany jest jak komunikat: nie idź tam, bo to speluna uwielbiana przez margines. Jest kiepsko.
Kiepskie warunki nie przeszkodziły nam na szczęście w snuciu niespójnych refleksji, w tym także planów na czas najbliższy i nie tylko. W końcu spadł śnieg, a wiadomo, że gdzie jest śnieg, tam są święta, klęski żywiołowe, darmowa herbata w szkolnym sklepiku, a co najważniejsze - Nowy Rok. Jeśli się chce przywitać Nowy Rok jak na maturzystę tegorocznego przystało, to trzeba sylwestra skrupulatnie zaplanować. Przekonaliśmy się już, że obaj nie mamy szczęścia do spontatnicznych przedsięwzięć (ostatniego sylwestra, choć zapisał się w pamięci, zbyt hucznie nie obchodziliśmy). Tym razem ma być zupełnie inaczej.
Ustaliliśmy, że jedziemy do Krakowa.
Od strony teoretycznej rzecz została perfekcyjnie przygotowana i szacujemy, że szanse niepowodzenia są w przybliżeniu równe zeru. Wyruszamy 31 grudnia o świcie, na miejsce docieramy stopem, wyżywienie i nocleg zapewnia nam kuzyn przyrodniego brata siostry ciotecznej żony najmłodszego syna siostry matki Rafała, który samego Rafała (a jego kolegi to już na pewno) na oczy w życiu nie widział. Na wypadek, gdyby próby wymuszenia na kuzynie współpracy spełzły na niczym, przewidzieliśmy wyjście awaryjne, jakim byłby wyjazd w towarzystwie jednego takiego, którego bliższa rodzina mieszka w Krakowie. Postaramy się wrócić do domu wystarczająco szybko, żeby zdążyć się przebrać, zjeść śniadanie i pójść do szkoły.
Nie obyło się również bez głębokich, in paranthesi, przemyśleń na temat natury świata i kobiet (co w naszym przypadku często zlewa się w jedno). Sądy raczej seksistowskie i szowinistyczne pozwolę sobie dyskretnie przemilczeć. Niemniej pewne wnioski same aż cisną się na usta. O doborze naturalnym m.in., że jego koncepcja gdzieś się po drodze do obecnego stadium cywilizacyjnego zjebała. Za dawnych czasów było nie do pomyślenia, przeczytałem u Dawkinsa, żeby samiec miał jakieś wymagania co do samicy, a dzisiaj? dzisiaj siedzimy z Rafałem przy piwie i narzekamy, że jak była ładna, to nie znała Goethego i na odwrót, i że świat jest gówniany. W dodatku z naszym naiwnym neodarwinizmem nie potrafimy wytłumaczyć w terminach przystosowawczych dlaczego po nagłych zakończeniach związków pojawiają się (auto)destrukcyjne myśli, co tylko mocniej wpędza nas w zimową zadumę. Ze specjalną dedykacją dla Rafała:
Natomiast z niekłamanym entuzjazmem odkryliśmy (tzn. ja odkryłem, bo kolega za bardzo dał się porwać swej płomiennej mowie), że siedzące dwa stoliki dalej przedstawicielki płci pięknej z zainteresowaniem (no, jedna z zażenowaniem) przysłuchują się dywagacjom na temat neoplatońskiej koncepcji Absolutu. Muszę powiedzieć, że nawiązywaniem kontaktów za pośrednictwem Absolutu to ja się dotychczas nie mogłem pochwalić…
Oj, dzieje się ostatnimi czasy w Stalowej Woli.
W jakiejś książce made by Deleuze przeczytałem, że teoria umowy społecznej zakładająca przedustawne bellum omnium contra omnes jest be, ponieważ daje się z niej wyprowadzić wizję społeczeństwa i państwa jako instytucji czysto negatywnych. Czyli takich, które nie zajmują się niczym oprócz ograniczania i tłumienia egoistycznych zachcianek poszczególnych podmiotów. Społeczeństwo tymczasem, co podobno widać gołym okiem, opiera się na sympatii i dążeniom swoich elementów na dobrą sprawę sprzyja. Wydaje mi się, że większość mieszkańców Stalowej Woli żywi dziś co do ostatniego zdania uzasadnione wątpliwości.
Na początku tygodnia jak burza rozeszła się wieść, że czteroosobowe grupy policjantów ze stolicy, specjalnie w tym celu przeszkolone i, jak sądzę, pełne wiary we własne umiejętności, przeprowadzają w okolicy wielką operację antypiracką. W towarzystwie wykwalifikowanego osobnika z Majkrosoftu umundurowani funkcjonariusze odwiedzają siedziby administratorów sieci oraz mieszkania zwyczajnych użytkowników z nadzieją odnalezienia fabryk nielegalnego softu i płyt muzycznych. Pieniądze na akcję wyłożyła ponoć Unia Europejska, bo wstyd się zrobiło Brukseli za Polskę, będącą obok Słowacji ogniskiem piractwa w tej części kontynentu. Jak długo potrwają naloty - nie wiadomo, ale z wiarygodnych źródeł dochodzą wieści, że funduszy raczej nie zabraknie. Pewne jest natomiast, że pomysłodawcy akcji odnieśli nad obywatelami ogromne propagandowe zwycięstwo.
Od samego początku lokalne media donosiły zgodnie o powszechnym charakterze operacji, trąbiono o spektakularnych sukcesach i masowych przesłuchaniach, nieoficjalnie mówiło się o astronomicznych kwotach, jakie przyszło zapłacić nieszczęśnikom u których władza odnalazła tych kilka ściągniętych empetrójek czy filmów. Rozdmuchano sprawę do niebotycznych rozmiarów. W moim liceum zapanowała panika. Po korytarzu przechadzał się z głośnikiem pewien jegomość, nawołując do usunięcia Windowsa z dysków, zaś na półpiętrze ktoś umieścił znicz i plakat z wymownym napisem: pamiętajmy o utraconych na zawsze danych. Znajomi masowo migrują na Linuksa albo kupują oryginalne oprogramowanie (sprzedawcy twierdzą, ciekawe ile w tym prawdy, że sprzedaż wzrosła o kilkaset procent).
Istna paranoja. Zwłaszcza, że znane mi i potwierdzone przypadki ludzi, którzy padli ofiarą kontroli mógłbym policzyć na palcach jednej ręki.
Najbardziej napawa niepokojem postawa mediów, które bez mrugnięcia okiem opowiedziały się po stronie policji. Nikt nie podniósł kwestii tego, czy w świetle polskiego prawa korzystanie z peer-2-peer aby na pewno jest nielegalne (wbrew pozorom nie jest to takie oczywiste - vide dyskusja, jaka toczyła się na łamach Rzeczpospolitej). Nikt nie ustosunkował się do absurdalnych cen oprogramowania i płyt z muzyką. Na każdym kroku słyszało się za to hasła o bliskim końcu piratów w regionie. Dziennikarski profesjonalizm… coś takiego budzi niemiłe skojarzenia z poprzednim ustrojem.
Jedyna puenta, jaka przychodzi mi na myśl:

W związku ze zbliżającą się datą zakupu cyfrówki przeglądam zdjęcia.
Więcej rewelacyjnych ujęć można znaleźć w galerii ALT Features.
Mój dobry znajomy jest patriotą z ksenofobicznymi odchyleniami.*
Ufff, trudno jest się zdobyć na takie wyznanie. Odbiorę od razu nieco dramaturgii temu wpisowi, jeśli napiszę, że ksenofobiczne odchylenia kolegi nie są w swych skutkach groźne dla otoczenia - ani potencjalnie, ani aktualnie. Kolega nie wyklina publicznie innych nacji (rzadko zdarza się, żeby kogokolwiek wyklinał), nie udziela się w głoszących skrajne poglądy organizacjach (nie odnotowałem istnienia takowych w najbliższej okolicy), nie maszeruje karnie w siejących postrach wśród mniejszości narodowych demonstracjach (manifestacji i kontrmanifestacji u nas ani widu, ani słychu). Patriotyzm kolegi najwyraźniej przejawia się w podejściu do spraw ekonomicznych.
O ekonomii teoretycznej nie mamy z kolegą zielonego pojęcia. Z poczynionych obserwacji wynika jednak niezbicie, że o ile mnie idea wolnorynkowej gospodarki się bardzo podoba, to kolega, gdyby przyszło wybierać, optowałby raczej za wariantem projektu fichteańskiego i z radością odciął dopływy obcego kapitału do Polski. Egzemplifikują się te nasze niewyszukane poglądy, z braku ciekawszej alternatywy, w etycznej ocenie postawy ludzi robiących zakupy w pobliskich hipermarketach.
Wczoraj wywabiłem kolegę z domu i podstępem zaprowadziłem do Tesco. Podczas wyprawy kolega wykazał ogromną skłonność do produkowania zdań normatywnych w ilościach przekraczających ludzkie pojęcie: że się powinno wspierać Polaków - dla zasady; że już na pewno powinno się wspierać Polaków, jeśli się zarabia dużo pieniędzy; że pod żadnym pozorem nie powinno się wybierać zagranicznych produktów; że moralnie niedopuszczalnym jest pochłaniać z lubieżnym uśmiechem niepolskie bułeczeki na degustacji (w swych patriotycznych tyradach kolega pokusił się nawet o refleksję na poły estetyczną: że reklamówki z Tesco są wyjątkowo brzydkie i obciachowe, a papier na stoisku mięsnym jest ohydny - w czym trudno się z nim nie zgodzić).
W ogniu polemiki dałem nawet wyraz przekonaniu (człowiek nafaszerowany setkami reklam puszczanych z głośników ma prawo być nieco otępiały), że skoro istnieją ludzie, którzy czują się dzięki zakupom w zagranicznym hipermarkecie bardziej szczęśliwi, to hipermarket nie może być tak do końca zły i już.
Dyskusję przerwała nam niecodzienna sytuacja: kasjerka błędnie wyliczyła resztę, a klient zgłosił swoje pretensje. Rzecz w tym, że błąd pani w kasie był duży, ale na korzyść klienta. A on mimo to złożył reklamację. Ludzka uczciwość w każdej sytuacji poprawia mi nastrój.
Koniec końców przyszła mi do głowy myśl, żeby kupić inspirowaną marksizmem książkę, której autorka piętnuje system wyzysku w sieciach supermarketów. Oczywiście kupić w Tesco, gdzie jak na ironię książka od kilku tygodni zalega na półkach.
* chciałbym zaznaczyć, że kolegę lubię, próg tolerancji dla irracjonalnych przekonań mam względnie wysoki, a sprawę traktuję z humorem, gdyby zaszły co do tego jakiekolwiek wątpliwości
Where are you? Drunk, my mind becomes
Twilight after all your ecstasy. For I just saw
How the enrapturing young god,
Tired from his journey,
Bathed his youthful hair in the golden clouds.
And now my eyes follow after him,
But he is gone away to reverent
nations which still honor him (…)
F. Hölderlin, To the Sun God
Aguirre, gniew boży w reżyserii Wernera Herzoga, tuż po seansie. Wspaniały film.
Nie rozumiem kina. Z reguły. Nie rozumiem takiego kina, które usiłuje ze wszystkich sił przekazać wyszukanymi środkami malusieńkie idee. Zupełnie nie przypadła mi do gustu Droga mleczna Bunuela, a kompletnie odrzucił - żeby wybrać przykład z nowszych filmów - Pi. Fabuła z patosem mówiąca o cudownych kombinacjach cyferek stanowiących rzekomo istotę świata i świadomości; coś takiego mnie, proszę o wybaczenie, nie rusza.* Filmem Herzoga jestem natomiast poruszony do głębi, bo nie dość że zrobiony zadziwiająco prostymi metodami, to jeszcze traktuje o przerośniętej ambicji i szaleństwie, trafiając tym samym w sedno moich upodobań.
* doszedłem przy tym ostatnio do wniosku, że większość rzeczy mających patetyczny wydźwięk ukrywający banalną treść jest dla mnie na dobrą sprawę nie do przełknięcia - co wyjaśniałoby niesłabnącą niechęć do filozofii nieanalitycznej i lwiej części polskiej poezji
Zanim zorganizowałem sobie seans, miałem to szczęście, że przeczytałem powieść totalną Carlosa Fuentesa o korzeniach Meksyku, podboju Ameryki Południowej i zderzeniu dwóch różnych kultur.
Zarówno film, jak i książka dotykają tego tematu, ale oglądanie bez czytania mijałoby się z celem. U Herzoga jest bowiem tak, że towarzyszymy grupie hiszpańskich konkiwstadorów płynących rwącą Amazonką w poszukiwaniu El Dorado. Bez żadnego wyobrażenia o tym, co skrywają drzewa porastającej brzegi puszczy, filmowa podróż straciłaby naprawdę wiele.
Na czele wyprawy, choć nieformalnie, stoi Don Lope de Aguirre. To Aguirre pociąga za sznurki, eliminując niewygodnych przeciwników politycznych. Genialna postać wykreowana przez Klausa Kinskiego, diabelnie charyzmatyczny człowiek. Po tym, jak Aguirre pozbawia dowodzenia prawowitego kapitana, nikt nie ośmiela się otwarcie wypowiedzieć mu posłuszeństwa aż do ostatniej sceny, kiedy umęczony chorobą mnich nie wykonuje wydanego mu rozkazu. Ten film istnieje dzięki takim, będącym kulminacyjnymi punktami scenariusza scenom.
Np. Aguirre inscenizuje spektakl dla żołnierzy. Odczytuje uroczyście dokument, z treści którego wynika, że on i uczestnicy wyprawy wymawiają posłuszeństwo władcy Hiszpanii, a za nowego cesarza obierają jednego z członków załogi. Środek amazońskiej puszczy, doskwiera brak prowiantu, kontakt ze światem zerwany, a dowódca ogłasza z powagą uniezależnienie się od ojczyzny (!!!). Absurd kompletny, ale reszta załogi jakby w amoku pomysł przyjmuje z niekłamanym entuzjazmem, by później przyglądać się cesarzowi na tratwie pod ostrzałem Indian, dokonującemu aneksji wszystkich ziem po lewej i prawej stronie się rozciągających. Co ci ludzie musieli wtedy czuć, jak mocno wierzyć…?
Nie wiadomo do końca, które działania tytułowego bohatera są przemyślane, a które zapowiadają zbliżający się zmierzch władz umysłowych. Jak na ironię, kiedy reszta załogi traci poczucie rzeczywistości i wszystko wokół uznaje za wywołany gorączką miraż, jeden Aguirre utrzymuje jeszcze kontakt ze światem. Wariat pośród wariatów, którzy za nim poszli, tkwi tam, gdzie szaleństwo urosło na tyle, by mogło zaprząc do swoich celów sprawny intelekt i świadomość.
Cholera, wszystko to marność przy do bólu patetycznym monologu wygłoszonym pod koniec. Wyrecytowanym tak, że dosłownie przechodzą po plecach ciarki. Aguirre ogłasza się w nim największym zdrajcą, gniewem bożym. I patosem nie posłużono się dla zamarkowania braku treści czy siły artystycznej. Taki styl się pojawia, ponieważ Herzog uznał, że pojawić się musiał. I podobnym decyzjom zawdzięczamy powstanie arcydzieł. Wspaniały film.
Hölderlin, podobnie jak Aguirre, postradał zmysły i uznałem za stosowne przywołać go na wstępie. Poniekąd dla kontrastu, bo uważający się za boskiego posłańca Aguirre był w gruncie rzeczy człowiekiem biednym i młodego boga z wiersza antytezą.
Pikantna ciekawostka: podobno kiedy Kinski zdecydował się przerwać zdjęcia do filmu i rozwiązać kontrakt, Herzog zmusił niepokornego aktora do współpracy grożąc mu, że go zastrzeli. Pozostawiam to bez komentarza.
Czy wszystkie filmy Herzoga są tak dobre?